|
środa, 18 listopada 2009
ostatni dłuuuuugi wpisik poszedł sobie na spacer... może do kwestii wrócę... M i Fiolku - Wy wiecie co i jak. w poniedziałek minął tydzień od rozpoczęcia pracy w magazynie farmaceutycznym bardzo znanego tu MC. lekko łatwo i przyjemnie, ale zimno. i z perspektywami pewnie lepsiejszymi szło się do przodu teraz będzie. oby. łodziaków miło poznać zagramanicą. mało czasu na wszystko. Misiek, zwłaszcza Ty go nie masz. doceniam to co dla mnie robisz. dziękuję, że nie muszę marznąć, moknąć i wzdychać na przystankach. tylko się troszku o Ciebie martwię czas cały. mimo, że "w weekend sobie odpoczniemy". pewnie w weekend zamieszkają z nami 2 małe czaderskie rudzielce. chyba chcę mieć tą przepiękną szopkę... :)
niedziela, 25 października 2009
"nie poganiaj mnie bo tracę oddech" :P
siedzę sobie i czekam na małe potwory, które zapukają do drzwi i krzykną "łąkocie albo psikus". szaleństwo halołinowe zaczęło się dokładnie w dniu, w którym się wprowadziliśmy do naszego nowego domu, czyli w pt 2go października. zaledwie 3 dni po moim powrocie z Polski. początkowo byliśmy przekonani, że przyszli zwietrzyć nowych sąsiadów. pomyliliśmy się, tudzież nie docenilismy ich :) i tak kupujemy kolejne pudła cukierków i wiemy, że każdego wieczora ktoś zastuka do drzwi :) siedzę sobie sama, bo M jak zwykle w ndz o tej porze - jest już w pracy. dziś miałam pierwszą poważną podróż aftobusową po Belfaście(po roku mieszkania w tym mieście) i o dziwo jakimś cudem trafiłam do domu :D (koszmarnie to brzmi - wiem)...jak na kogoś "lewego geograficznie" i jeszcze gorszego orientacyjno-przestrzennie... dziś poszło mi zdecydowanie rewelacyjnie :) skoro tak sobie siedzę to napiszę cośkolwiek, bo faktycznie sporo czasu minęło, a mi się na notkę zbierało już czas jakiś... tylko się za to zabrać jakoś dziwnie nie mogłam. mieszka się nam (odp na Twoje, W, pytanie) b dobrze. spokojnie, bezstresowo, spokojnie. oj... co prawda narzekamy na brak miejsca, no ale.... przecież mamy tylko 3 sypialnie(w tym jedna wielkości nie największej ;P), łazienkę, kuchnię, jadalnię i salon, ale mamy też duużo i coraz wiecej kwiatów... i problem, gdzie postawić palmę, gdzie bananowca itp itd... bo to duże kwiaty, a tu... mało miejsca na duże kwiaty ;p nooooo i roziwjamy pasję storczykową. mamy już 7 storczyków przeróżnych. i specjalnie urządzony salon, tak, żeby z każdego miejsca w salonie było je widać. a że 4 stoją na półce wiszącej nad jedną z sof, nad kominkiem zamontował M lustro, żeby i osoby siedzące "pod nimi' mogły je widzieć :) i ciężko się wychodzi ze sklepa nie taszcząc pod pachą kolejnego słonka... :) sąsiedzi przemili. jeden do tego stopnia, że zabiera nam z kosza worki, jeśli widzi, że mamy za dużo i wkłada to do swoich śmiecióf, przypomina kiedy kosze są opróżniane i jeszcze nam kosz odprowadza pod dom jak jest "po wszystkim". wariat jakiś :) no i Franki.... krejzi men. ale dobra wtyczka do "nietykalności".... a jak się mieszka w Belfaście, mieście z dużym podziałem protestancko-katolickim... to chyba całkiem dobrze taką wtyczkę mieć. okolica nie do końca poznana... ale będzie na to jeszcze czas. przy okazji imprez wszelakich, tzw "domówek", poznaję znojomych M i przyznać muszę, że jest nieźle :D wariatów nie brakuje! w wolnych chwilach kiszę ogórki (tudzież małosolnie podkiszam) i kapustę :D a co tam... skoro już osiągnęłam mistrzostwo w pieczeniu ciast i gotowanie jest na poziomie nie najgorszym.... trza zrobić krok do przodu :) i wreszcie znalazłam czas na poczytanie książki. pierwszy raz sięgnęłam po Kinga. "worek kości"-polecam! a poza tym... zaczynamy zaczynać myśleć o konkretnej dacie i okolicznościach towarzyszących :) teraz kiedy mieszkamy sami i lżej się oddycha, cokolwiek to może oznaczać, najwyższa chyba na to pora! myślę sobie o jeszcze jednej kwestii, którą chciałam poruszyć tu, ale niekoniecznie teraz. teraz nie byłoby złym momentem, gdyby nie lekkie zmęczenie i konieczność wzięcia prysznica itd. a jutro na 9 do pracy... i pewnie koło 19ej wrócę.... może wtedy napiszę coś nt "temu panu już nie lejcie(ale może niech mu ktoś wleje, to zmądrzeje)"...
niedziela, 27 września 2009
śmiech na sali
źle się dzieje w państwie duńskim - mówią jedni. inni mówią... bardzo dobrze :) żenada? komedia? tragedia? głupota najprędzej :D nie dotarło do głów niektórych, że 2 miechów po godzin dziesiąt w tyg - nie doścignie niewiadomo ile czasu po kilka godzin. kaszel katar... majorka :D o ja pierdziu.... i niech sobie połamią głowy współlokatorzy (niestety wciąż jeszcze)... a niech sobie połamią. na poziomie takim nie innym się chociaż nie przemęczą. skoro nie można było nic już zrobić i stało się w cieniu, a ktoś inny dyktował warunki(czego niektóre tygryski nie lubią, oj nie!!!!) to złośliwość czysta i "pomysły tysiąclecia" wydają się pewnie wielką wygraną, zwycięstwem, byciem panem sytuacji...aaaa budujcie sobie własne ego, podbudujcie... :D śmiech na sali... tydzień bez internetu? oj, już trzęsę portkami. aleście nam dosrali... aż macie gówno na zębach. ale to nie od nas cuchnie w takim układzie. dziękujemy :)
wtorek, 22 września 2009
sobota, 05 września 2009
jeszcze 10 dni i będę w Polsce. niektórzy z grona czytelników wpisali się do grafika :) tak więc... do rychłego zobaczenia! po prawie roku nieobecności na samą myśl o podróży nie popadam w wielką histerię, euforię itp itd. wydaje się to takie normalne. życie... życie, życie, życie... takie coś w trakcie trwania czego uczymy się. całej masy czynności, zachowań, definicji i regułek... i na szczęście potrafimy cośkolwiek z nabytą wiedzą zrobić. co by było gdybyśmy funkcjonowali na zasadzie odruchów bezwarunkowych? to by była cheba prawdziwa masakra.... raz utracona przyjaźń musiałaby rzutować na nasze przyszłe (niedoszłe, zapewne, wówczas) relacje. głębokie. zamykalibyśmy się na nią tak samo błyskawicznie jak zamykamy oczy kichając... taaaa... kichać na to. najlepsza rada. pewne zdania niewypowiedziane, słowa niedopowiedziane... pewne znaki zapytania... wątpliwości... czy to się naprawdę zaczęło po czyimkolwiek urlopie? czy się komukolwiek za dużo wydało chwilę przed nim...? może posiedzenie czasem w salonie, wieczorem, czy jakoś tak... zostało odczytane jako krok do tego, żeby jednak było sielsko anielsko tudzież prawie po rodzinnemu...? może należałoby powiedzieć prosto z mostu jeśli ma się poczucie bycia oszukanym. czy raczej oszukiwanym przez kilka być może lat. chronologicznie? zaplanowany na maj ubiegłego roku urlop. wielka afera. jakaś tajemnica. coś ci muszę powiedzieć, bałam się powiedzieć, bo się bałam, że jak się dowiesz to cię stracę. wielka histeria, dom postawiony na nogi... bo co będzie jak ją stracę? (teraz już wiemy, że świat się od tego nie zawalił) mój przylot. mój odlot. lipcowy urlop. gadka o seksie. pytanie o plany. trach. mój przylot. trzaski trzaski. "rozmowa". pytanie czy chcę znać prawdę... i stwierdzenie, które zdziwiło i zabolało - oj tak. przepraszam, że milczałam. jakoś tylko się zastanawiam dlaczego doszło do "znudziło mi się czekanie"... tak nagle pod znakiem zapytania stanęło to, że się ponoć koło kogoś szło. mimo wszystko. i mimo milczenia. ale może tak, może trudno jest zrozumieć, że ktoś nie potrafi mówić. albo, że jak zaczyna mówić to do kogoś innego. może samo czytanie np bloga to za mało. czytanie tego co zostało rozpracowane z kimś innym. zazdrość? to nie moja wina, że szukałam(chyba próbując się ratować)rozmów z osobami, które mówiły więcej niż (albo w ogóle tego nie mówiły)"stara, co mam ci powiedzieć? wszystko wiesz. dasz radę jesteś silna". bo jak się może i wie wszystko, ale się nie wie co robić, bo się nie jest jedyną osobą na świecie.... jak się nie czuje silnym... jak się nie wie jak dać radę... to takie przekonywanie tudzież stwierdzanie może dobić. tak, nie mówiłam, że mi to nie pomaga. że wcale tak nie jest, że gówno prawda. że wcale nie jestem żadnym robocopem. może jednej str wystarczało mówienie o wszystkim innym. a lizanie tematu tylko w kontekście duchowym, religijnym. bo się miało wrażenie, że jest się w świecie tych samych wartości. to nie pasuje do siebie. te części układanki są trefne. sytuacja w maju. sytuacja w lipcu. nie łykam. i nie mam poczucia winy. bo za co? za przeżywanie całej sterty problemów, próbę uporania się z przeszłością w taki sposób w jaki to miało miejsce? za ratowanie się takie nie inne? no niestety... i skoro mi się puzzle nie zgadzają to trudno nie mieć poczucia próby wmanewrowania. może właśnie w poczucie winy. przerzucenie na kogoś innego tego, że coś się spieprzyło. miesiące mijają. mądre głowy mówią "nie ma nic gorszego niż zamieszkanie z przyjacielem pod jednym dachem". i z doświadczenia powiem, że... mają rację. tu nasuwa się myśl, że musimy uważać na własne marzenia. jak wygląda dziś? chyba lekko paranoicznie. z najnowszym hitem "11 na liczniku, bo nam gorąco, a wy swoje wypaliliście". od stwierdzenia, że grzaliśmy jak kogoś nie było do zużycia faktycznego jest daleka droga. 3x1. każdy se może policzyć. a i nam było gorąco jak w tutejsze upalne lato "się wodę podgrzewało". i jak to jest z tym teatralnym "drugiego takiego zmarzlucha jak ja trudno znaleźć" a "bo nam jest kurwa gorąco". i czy w sumie ktoś robił aferę czyja jest 12tka czyja 11tka czyja 100ka jak szanowny połowinek wracał z pracy koło północy i były grzejniki ciepłe? mimo, że reszta leżała pod kołdrami? czy ja wstawałam w nocy żeby włączyć piec, bo połowinek wraca i nie może mieć zimno? chyba sobie możemy tak długo wyliczać albo się popukać w głowy. zastanowić. i wnieść troszkę konsekwencji w swoje gadki szmatki. pocieszające może być tylko to, że już 15go października najgorsi współlokatorzy wszech wszech wszech... czasów... przestaną tu mieszkać i będzie wreszcie święty spokój. choć podobno.... "nie ma problemu". znaleźliśmy fajny domek. z blisko-dala od głównej ulicy, z sąsiadami zatrudnionymi w straży sąsiedzkiej... jasny... ze świetną kuchnią... i nie tylko. i tylko!!!! szkoda, że to dopiero za miesiąc i troszku...
czwartek, 13 sierpnia 2009
herbatka przed snem... jabłecznik z cynamonem do herbatki... z cynamonem goździkiem i czymś tam... co do tego? słodkie zamyślenie? jakkolwiek nierealnie to brzmi... choć to pewnie zależy od tego co poeta miał na myśli... a swoją drogą to biedni ci brytyjscy człowiecy. znać only 2 czy 3 odmiany jabłek. w zasadzie nie mieć dostępu do inszych. i kupować większość warzyw i owoców na sztuki za niemałe pieniądze... troszku to porypane. choć z drugiej str łatwy dostęp do różnych "egzotycznych" wspomnianych jest super sprawą... i te promocje, które są naprawdę promocjami... i wyprzedaże z prawdziwego zdarzenia. i to, że cały rok jest zielono... na demotywatorach ktoś podsumował słynne hasło, że za 2lata Pl będzie jak Irlandia.... i dziś -dwa lata później- mamy takie same procentowo bezrobocie Donald to widać b dobry "prorok"... :D taaak, a z okazji wakacji za oknami drą się, za przeproszeniem, dzieci kwiaty 21wieku... b młodzi mieszkańsy Belfastu... bardzo mocno bezstresowo "wychowywane/wychowane" oszołomy... po praktykach w Polsce, w podstawowej i gimnazjum nie miałam złudzeń, że nasza kochana młodzież w zdecydowanej większości ma odchyły od norm wszelakich, od tzw "dobrego wychowania", kultury osobistej itd. ale to co zobaczyłam tutaj... dwa wnioski: nasza młodzież jest cudowna. nasza młodzież idzie w kierunku... tej irlandzkiej. za kolejne dwa lata (czepiając się Donka, którego nie lubię)da nam wszystkim popalić... samo przez się nasuwa się pytanie ile będziemy mieć po wakacjach (tu w Irlandu) 15letnich dziewczynek z tzw brzuchem... na co większość narzekać nie będzie zapewne, bo jak wiadomo tutaj dziecko to złoty interes. stąd 19letnie .... hmmm... kobiety... miewają po 2-3 dzieci. i pracować nie trzeba!!! bo dzieci=kasa. im ich więcej, tym żyje ci się lepiej. dziwny to kraj... długo by można było "opowiadać"... może innym razem...
wtorek, 11 sierpnia 2009
Fiolka mnie zainspirowała(że sobie pozwolę na tak górnolotne określenie)do zastanowienia się nad pewnym stanem, który występuje u ludzi raz rzadziej raz częściej. krótki wniosek nasunął mi się po przeczytaniu smutnych smutności na wirtualnej karcie Fiolkowego pamiętnika... żal. i choć nie jestem maniaczką sprawdzania w necie wszystkiego co się da... wtargnęłam brutalnie w intymne zakątki (no baaa) mega!mózgu wujka G (zwanego przez niektórych, jakże nieczule, wyszukiwarką)... i oczywiście (bo to już niestety jest nawet bardziej niż oczywiste) w czołówce internetowych odpowiedzi na nękające pytanie czy wątpliwość znalazłam receptę do leku na całe zło... czyli link do wikipedi(i). bardzo wolnej (moim skromnym zdaniem) "encyklopedii". wolnej nie ze względu na tempo... jakiekolwiek, ale ze względu na to co ci biedni "wolontariusze internauci" wypisują (o ile nie zajmują się spisywaniem na tzw żywca-niekoniecznie prosiaka- treści z pozycji literackich). ale przeca wolność rządzi, więc pora zejść z tych ludzi dobrej woli(bo kto inny ima się wolontariatem) zanim mnie ktoś o brak tolerancji oskarży albo co. choć złośliwie dodam za specjalistami,że jak się ludzie nie opamiętają i będą korzystać tylko z tego źródła wiedzy to już za niedługo wtórny analfabetyzm i mózgi wielkości ziarenka słonecznika staną się... najlepszym co dostaniemy w nagrodę. za brak czasu na ten przykład(na pielęgnowanie kom, ale tych szarych, a nie aparatów tel... bo o te drugie chyba dbamy/staramy się ciut mocniej)... jestem złośliwa...? no to będzie cytat teraz: "Żal to negatywny stan emocjonalny spowodowany doznaną stratą. Towarzyszy mu często trudność w pogodzeniu się, że tego, co utracone już nie ma i wynikającym z tego brakiem akceptacji rzeczywistości takiej, jaka jest tu i teraz. Występuje również w postaci żalu do kogoś za wyrządzone krzywdy, niemożność pogodzenia się z realną sytuacją." hm. to by było... sranie w banie, za przeproszeniem. tak... albo nie. nie będę przepraszała za to, że coś mnie irytuje. no bo... już pomińmy to, że ktoś twierdzi, że stan emocjonalny może być negatywny. proste wnioskowanie: może być również pozytywny. w tym momencie psychologia nt stanów emocjonalnych ma najwięcej do powiedzenia. i ona na pewno nie mówi (słusznie moim zdaniem) o emocjach w kategoria takich jak podaje się na wiki. bo jak to rozumieć? jak jestem smutna to to jest negatywne? jak mam doła, bo kot, którego miałam w domu od 9roku życia został otruty to to jest bee...? jak mnie zdenerwuje, że sąsiad na działce wypala w 30 stopniowy upał jakieś śmierdziochy ... w samo południe... i dym leci w str moich okien i śmierdzi niemiłosiernie w całym domu to... to co? jak się cieszę, że dostałam wypłatę w piątek to to jest pozytywne? czy pozytywne jest to, że kręci mnie podniecenie psychiczne na widok zagryzających się psów? niestety dalsza część "definicji" żalu też jakby nie do końca jest na temat... coś tam opisuje na pewno. ale nie na pewno żal... tak jak wspomniałam na początku... coś napędziło motorek. sama mam dziwną pewność, że kilka razy w życiu czułam żal właśnie. taki stan emocjonalny ani pozytywny ani negatywny. pozytywne lub negatywne mogą być co najwyżej konsekwencje tego mojego czucia się. bądź nie czucia. (cholera to samo źródło podaje, że pustka jest stanem emocjonalnym... coraz mnie to wszystko bardziej śmieszy)... ale ale... jest żal. bo ma prawo być. bo - dajmy na to - człowiek ma ukształtowaną własną osobowość. ma swoje przekonania, wartości, cele, pragnienia, potrzeby. tak... potrzeby, jedna z ważniejszych kwestii w naszym życiu - czy się to komuś podoba czy nie. różnorakie. i człowiek na tym świecie nie jest sam. ma ludzi bliższych czy dalszych. relacje zażyłe czy nie. jeśli sam nie zdecyduje inaczej, rzecz jasna. samotność chyba zawsze jest wybieralna(do pewnego wieku, bo od pewnego wieku - moim zdaniem - samotność drugiego człowieka jest porażką innych ludzi... brakiem wrażliwości i oznaką ignorancji). dlaczego w naszym przekonaniu, w naszej mentalności pokutuje przekonanie, że trzeba siedzieć cicho. że nie wypada. nie wypada to ząb jak jest zdrowy i nikt ci go nie wybije. czemu rezygnujemy z własnego prawa do wypowiadania tego co w nas siedzi? czemu wolimy aby nas to gniotło, dusiło, zabijało wręcz czasem? boimy się, że kogoś zranimy? dlaczego nie przejmujemy się, że ranimy samych siebie? nie ranimy? zazwyczaj chyba jednak jest tak, że jeśli nie powiemy teraz-świadomie, delikatnie, z tzw wyczuciem, to wcześniej czy później wykrzyczymy to komuś, jak już pękniemy. "bo ty w 73roku..."... aaaaaaaaaa wtedy jest b duże prawdopodobieństwo, że usłyszymy "nie wiedziałam, dlaczego mi nic nie powiedziałeś?"... bo jest duża prawda w tym co powiedział kiedyś mój spowiednik. nie do mnie kierował te słowa, ale... "czasem człowiek jest jak balon, w który inni dmuchają. i przychodzi taki moment, że ten balon pęka". i pewnie w większości przypadków po tym pęknięciu odczuwa się ulgę. warto czekać? każdy z nas ma prawo do żalu. nikt nie powinien się tego bać, wstydzić itp itd. tylko czemu pozwalamy się wywodzić na manowce... bo nie wypada(jak już wspomniałam), bo co sobie ktoś pomyśli. dlaczego nazywam to manowcami? dlatego, że nie stawiamy na szczerość, otwartość, na dialog konstruktywny. przecież na dobrą sprawę ukrywamy to co mamy do powiedzenia. nie mówimy prawdy. obserwując znajomych, biorąc pod uwagę własne doświadczenie... dochodzę do wniosku, że trzeba ryzykować. nawet jeśli ktoś się w konsekwencji własnego stanu emocjonalnego związanego z usłyszeniem tego co mamy do powiedzenia.... obrazi czy coś w tym stylu. nawet jeśli są to najbliższe osoby. rodzice na ten przykład. ich to chyba tyka najbardziej. pojawia się w nich bunt, obraza, często źle interpretują treść, którą ma się do przekazania. odbierają to jako atak, niewdzięczność, brak szacunku... "to ja dla ciebie przez 20lat... wszystko... a ty teraz"... dlatego zawsze można skorzystać z drogi pisemnej. do której dana osoba będzie mogła wrócić... którą jak przeczyta 15 raz (jeśli to zrobi)to przy mniejszym coraz ładunku emocjonalnym w sobie... pojmie o co chodzi. doczytać do końca czasem łatwiej niż dosłuchać. może przeczytać w samotności, bo ludzie miewają to do siebie, że jeśli ktoś coś do mnie mówi i zaczynam stwierdzać rację - w sobie - to wstyd nie pozwala mi na przyznanie się do winy/błędu. idę w zaparte, taki sobie mechanizm obronny. w końcu po to warto spróbować, żeby móc patrząc w lustro stwierdzić, że jest się ok. że się zrobiło co się było w stanie zrobić, a nie chowało się głowę w piasek. atmosfera naszego domu nie oczyści się sama. czasem trzeba otworzyć drzwi lub/i okna...
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
może dobrym pomysłem na tzw samotne wieczory jest pisanie czegoś tu(skoro nie tam). wieczory mniej samotne, bo w domu zrobiło się ludniej. nie znaczy to, że godziny te są mniej nerwowe. choć wolałam nerwy związane z byciem samą na poddaszu... wiecie... kobieta zostaje sama w wielkim domu i wtedy często gęsto coś skrzypi albo puknie tu czy tam. a jak się lubi filmy z wątkiem kryminalnym... zanim pokażą dobry proces sądowy - musi być jakiś trup or samfink... oj to się później wsio przypomina... niby logicznym jest, że nie ma się czego bać, a jednak... potraciłam troszku... czy aby na pewno tylko troszku?... nieważne... gdzieś się podziała moja asertywność głośnowyrażalna. ta, którą często odbiera się źle. taka jest konkretna. i teraz mnie wkurza to czy śmo, ale ... co z tego...? warto jednak walczyć o swoje prawa tym prostym sposobem. asertywnością właśnie. żeby się później nie zdziwić, że wygodnictwo innych i brak wyobraźni stają się w naszym życiu czymś na kształt "małego głoda"... oni tego nawet nie zauważą... w sumie żałosne... tak sobie myślę od czasu do pory o urlopie w Polsce. o tym z kim się spotkam... o czym będziemy rozmawiać. jaka będzie pogoda... jaką fryzurę wymyślić i co z rudością... i o wielu innych sprawach zaczynam sobie dumać... i szczerze - już teraz mam dość pytania o zarobki, kiedy wrócę i .... i paru innych pewnie też. mam już dość mimo, że jeszcze ich nie usłyszałam w czasie przyszłym od15to-wrześniowym... nad związkami się zastanawiam. tymi życiowymi i tymi sajens fikszyn. z zasadami - proszę bardzo - ale "rozumiem tylko pojąć nie mogę". nad tym jak to jest z pieniędzmi w naszym życiu. w dzisiejszych czasach. bo chyba jest źle. i nie chodzi mi o to, że źle, bo kasy mało. bo skąd ja mogę wiedzieć ile kto ma siaśków? pisząc "pieniędzmi w naszym życiu" miałam na myśli ogóły pewne. a poza tym to dostałam róże. miniaturki. śliczne :) kim będziemy za 30 lat? co będziemy mogli o sobie powiedzieć? może warto już dziś się zastanowić. bo załóżmy, że dożyjemy... że nasze mało zwichrowane umysłowo wnuki usiądą nam na kolanach i zadają swoim super dziadkom-bohaterom pytanie takie czy siakie... tak, zawsze można założyć jeszcze to, że z pamięcią nie będzie dobrze, bo mało czytamy i mamy wsio podane na tacy, więc pamięci rewelacyjnej mieć nie będziemy... ale gdyby jednak było inaczej... może warto się zastanowić nad tym kim będziemy przez najbliższych 30 lat... pominąwszy rynek pracy(psycholog sprzątaczką, tynkarz handlowcem itp itd)zatrzymując się na dłuższą chwilę nad... człowiekiem, po prostemu...
czwartek, 02 lipca 2009
to ja może coś napiszę po przerwie dość długiej. bardzo nawet długiej. pewnie już tu prawie nikt nie zagląda... cóż... czasem dobrze stracić pracę, żeby popracować gdzie indziej. więcej godzin. w różnych miejscach. poznając nowych ludzi. coby obalić strategiczny plan urlopowy na październik... i stwierdzić, że w takim razie czas szukać biletów na jakiś inszy termin.... może we wrześniu, czemu nie? no i Szkocja jest teraz bardziej realna ;P ale... czemu nie jechać do Danii? ... taaaa... tutaj też mamy dość ładne lato. nie aż takie mokre i wietrzne. całkiem ciepłe, czasem wręcz upalne. i słońce grzeje tu cholernie intensywnie. zielono przez cały rok, ale teraz... fajnie zielono. nad morze blisko, ale jakoś nie ma kiedy jechać. do zoo blisko i chyba trzeba się będzie wybrać w końcu. takie zoo co z 10 godz trza po nim chodzić i pewnie wszystkiego się nie zobaczy... taaa :) małe tęsknoty, duże tęsknoty, radości i smutki. zachwyty i znudzenie. bo nic co ludzkie... a poza tym? wolna chata ;P
wtorek, 19 maja 2009
jaki jest wniosek do ostatniego wpisu? uparte osły bywają niereformowalno-reformowalne. a po burzy słońce lub tęcza, jak mi ostatnio ktoś powiedział. dosyć przełomowa to była chyba noc.dosyć ważne słowa padły. i tak, ja naprawdę chciałabym, żeby tak było za tych 40lat. a teraz? dokończymy... jutro :) ale tak czy siak - tak mi się tego pragnie. hmmmm... wpis przed(chyba)ostatni był ździebko pokrętny, wspomnienie ukrytej kamery nie przypadkowe, dlatego Fiolku - nie dziękowałam :) choć dziękuję... 5go maja minął miesiąc od moich "oświadczyn" :) wiem wiem.... fajnie mi to wyszło(sam ów moment) ;P 17go maja minął rok od mojego przylotu na urlop do paskudnego Belfastu. naszego spotkania fejs tu fejs. chyba rzeczywiście musiałam mieć śmiesznie zaskoczoną minę :) kiedy w rocznicę od tego spotkania usłyszałam tak ważne pytanie. to niby było oczywiste. a jednak zaskoczyłeś mnie... totalnie :)(z kwiatków najbardziej lubię Twoje żarty, a pierścianki z naszych splecionych niekoniecznie lajkoników) oj, będzie się działo... :) |